Większość z nas kojarzy narodziny smartwatcha z premierą Apple Watcha w 2015 roku — i myli się o dobre cztery dekady. Pomysł „inteligentnego” zegarka, który robi coś więcej niż pokazuje godzinę, jest starszy niż smartfony, a nawet niż domowe komputery. To historia pełna dziwacznych eksperymentów, spektakularnych porażek i jednego zegarka, który zebrał na siebie miliony dolarów, zanim jeszcze powstał. Prześledźmy ją od początku — a po drodze pokażemy sprzęt, który wciąż możesz mieć na nadgarstku.
Zanim powstało słowo „smartwatch”
Wszystko zaczęło się w latach 70., gdy elektronika po raz pierwszy trafiła do kopert zegarków. Marka Pulsar zaprezentowała wtedy zegarek z wbudowanym kalkulatorem — pierwszy czasomierz, który potrafił coś policzyć. W latach 80. pałeczkę przejęło Casio, zalewając rynek modelami z kalkulatorem, bazą danych i budzikiem. To były pierwsze urządzenia, które traktowały zegarek jak małe narzędzie, a nie tylko wskazówki na tarczy.

Co ciekawe, ten rozdział historii wcale się nie zamknął. Kultowy zegarek-kalkulator Casio jest produkowany do dziś i cieszy się kolejną falą popularności jako modny dodatek retro.
Casio CA-53WB (ok. 250 zł) to bezpośredni potomek tamtych pomysłów — cyfrowy zegarek z pełnoprawnym kalkulatorem na kopercie, budzikiem, stoperem i czasem światowym, w charakterystycznej, retro obudowie z tworzywa. Można go traktować jak żywą skamielinę: pradziadka smartwatcha, który wciąż działa i wciąż się sprzedaje. Nosili go bohaterowie kina lat 80., a dziś wraca jako świadomy, nostalgiczny wybór. Warto docenić, jak bardzo wyprzedzał epokę: w czasach, gdy komputer zajmował całe biurko, ludzie nosili na nadgarstku urządzenie, które liczyło, budziło i pokazywało czas w kilku strefach. To właśnie ten sposób myślenia — „zmieśćmy w zegarku jak najwięcej funkcji” — jest bezpośrednim przodkiem filozofii dzisiejszych smartwatchy, nawet jeśli dzieli je przepaść technologiczna.
Komputer i telefon na nadgarstku
Lata 90. przyniosły ambitniejsze próby. W 1998 roku Seiko wypuściło Ruputera — nadgarstkowy komputer z własnym procesorem, który miał robić za mini-PC. Rok później Samsung pokazał SPH-WP10, czyli pierwszy zegarek-telefon z anteną i możliwością prowadzenia rozmów. Pojawił się też Timex Datalink, który potrafił synchronizować kontakty i przypomnienia z komputerem, „odczytując” migające paski światła z ekranu monitora — technologia na tyle nowatorska, że trafiła nawet na nadgarstki astronautów NASA. Wszystkie te urządzenia łączyło jedno: były wizjonerskie, ale niepraktyczne. Maleńkie ekrany, koszmarna obsługa i bateria na kilka godzin sprawiały, że pozostawały ciekawostkami dla zapaleńców, a nie produktami dla mas.
Na początku XXI wieku do gry włączył się nawet Microsoft. W 2004 roku wystartował projekt SPOT — zegarki, które przez sygnał radiowy FM odbierały pogodę, wiadomości czy notowania giełdowe. Pomysł był ambitny, ale wymagał płatnej subskrypcji, a same zegarki były grube i mało atrakcyjne. Usługę wygaszono po kilku latach. Ta porażka dobrze pokazała, czego brakowało wszystkim wczesnym próbom.
Dlaczego pierwsze smartwatche zawiodły
Z dzisiejszej perspektywy powód jest oczywisty: te urządzenia wyprzedzały swoją epokę o całe pokolenie. Brakowało im trzech rzeczy, bez których smartwatch nie ma sensu. Po pierwsze — smartfona w kieszeni, z którym mogłyby się połączyć; zegarek jako samodzielny komputer był po prostu zbyt mały i zbyt niewygodny. Po drugie — energooszczędnych ekranów i baterii, które wytrzymałyby więcej niż jeden dzień. Po trzecie — bezprzewodowej łączności takiej jak Bluetooth, która dopiero raczkowała. Dopóki te trzy elementy nie dojrzały, każdy „inteligentny” zegarek skazany był na rolę drogiej ciekawostki. Zmieniło się to dopiero, gdy smartfon stał się codziennością.
2012 — Pebble zmienia zasady gry
Prawdziwy przełom przyszedł z nieoczekiwanej strony. W 2012 roku niewielka firma wystawiła na Kickstarterze projekt smartwatcha o nazwie Pebble — prostego zegarka z energooszczędnym ekranem e-paper, który wyświetlał powiadomienia z telefonu i działał wiele dni na jednym ładowaniu. Efekt przerósł oczekiwania: Pebble zebrał ponad 10 milionów dolarów, bijąc ówczesny rekord platformy. To był moment, w którym świat zrozumiał, że smartwatch może być realnym, masowym produktem, a nie tylko gadżetem. Pebble udowodnił, że kluczem nie jest upychanie komputera na nadgarstku, lecz sensowne przedłużenie telefonu. Jego przewaga polegała na prostocie: czytelny ekran widoczny w pełnym słońcu, tydzień pracy bez ładowania i jasny cel — pokazywać to, co ważne, prosto z kieszeni. Choć sama marka później zniknęła z rynku, to Pebble wytyczył ścieżkę, którą poszli wszyscy więksi gracze. Bez tego jednego, finansowanego społecznościowo projektu, era smartwatchy prawdopodobnie zaczęłaby się później.
2015 — Apple Watch i masowa rewolucja
Sukces Pebble nie umknął gigantom. Google wprowadziło system Android Wear, a w 2015 roku zadebiutował Apple Watch — i to on ostatecznie przeniósł smartwatche do głównego nurtu. Nagle zegarek nie tylko pokazywał powiadomienia, ale mierzył aktywność i tętno, pozwalał płacić zbliżeniowo i uruchamiał aplikacje. Miliony ludzi po raz pierwszy założyły „inteligentny” zegarek, a kategoria, która przez czterdzieści lat była niszą, w kilka sezonów stała się codziennością. Skala zjawiska była tak duża, że już po kilku latach Apple Watch sprzedawał się w liczbach przewyższających całą szwajcarską branżę zegarmistrzowską razem wziętą — coś, co jeszcze dekadę wcześniej brzmiałoby jak żart. Od tego momentu rozwój przyspieszył lawinowo: GPS, pomiar saturacji, EKG, monitorowanie snu.
Dziś smartwatch potrafi znacznie więcej niż jego przodkowie. Śledzi trening z dokładnością osobnego sprzętu sportowego, ostrzega o nieregularnym rytmie serca, mierzy poziom stresu i jakość snu, prowadzi po mapie, płaci w sklepie i steruje muzyką czy inteligentnym domem. Z gadżetu wyświetlającego powiadomienia stał się osobistym asystentem zdrowia na nadgarstku — i właśnie ten zdrowotny aspekt, a nie same powiadomienia, napędza dziś rozwój całej kategorii. To także powód, dla którego po smartwatche coraz częściej sięgają nie tylko technologiczni entuzjaści, ale i osoby starsze czy dbające o kondycję.
Dziś — smartwatch nie musi wyglądać jak ekran
Współczesny rynek nie zamyka się jednak w prostokątnych ekranach. Coraz większą popularność zdobywają hybrydy — zegarki, które na pierwszy rzut oka wyglądają jak klasyczne czasomierze z tarczą i wskazówkami, a mimo to potrafią liczyć kroki, mierzyć tętno i wyświetlać powiadomienia.
Dobrym przykładem jest Festina Connected (ok. 2500 zł) — z pozoru klasyczny, sportowy zegarek z analogową tarczą i wskazówkami, w lekkiej tytanowej kopercie ze szkłem szafirowym. Pod tarczą kryje się jednak dyskretny wyświetlacz i moduł smart: pomiar tętna, monitor snu, krokomierz, sterowanie muzyką i powiadomienia z telefonu. To dowód, że dziedzictwo tradycyjnego zegarmistrzostwa i technologia mogą iść w parze — dla kogoś, kto chce funkcji smartwatcha, ale nie chce rezygnować z wyglądu prawdziwego zegarka. Hybrydy mają też praktyczną przewagę: dzięki temu, że nie napędza ich energochłonny ekran dotykowy, potrafią działać tygodniami, a nawet miesiącami na jednym ładowaniu lub zwykłej baterii. To odpowiedź na największą bolączkę klasycznych smartwatchy, które trzeba ładować niemal codziennie.
Zestawienie tych dwóch zegarków obok siebie dobrze pokazuje dystans, jaki pokonała elektronika na nadgarstku: kalkulator Casio wciąż chroni ekran zwykłym szkłem mineralnym, a nowoczesne smartwatche sportowe (np. Garmin) coraz częściej stawiają na wytrzymałe szkło typu Gorilla Glass, odporniejsze na zarysowania podczas treningu.
Od kalkulatora do centrum zdrowia
Historia smartwatcha to pół wieku prób i błędów: od zegarka, który potrafił dodawać liczby, przez telefon z anteną na ręce, aż po urządzenie, które monitoruje sen i ratuje życie, wykrywając nieprawidłowy rytm serca. Co ciekawe, żaden z tych etapów nie zniknął — kalkulator Casio, klasyczny zegarek i nowoczesna hybryda żyją dziś obok siebie, a wybór zależy już tylko od tego, ile „inteligencji” chcesz nosić na nadgarstku. Jedno się nie zmieniło: od pół wieku próbujemy sprawić, by zegarek robił coś więcej, niż tylko odmierzał czas — i dopiero teraz naprawdę nam się to udaje.

